Młodzi duchem, czyli rozmowy o młodości z seniorami

Jadwiga Królikowska to 87-letnia kobieta, od 65 lat mieszkanka Warszawy, która pracowała jako ekonomistka i jest matką jednego syna, aktualnie mieszkającego w Chicago. Jak wspomina pani czasy, kiedy miała pani 20 lat?

To ja się wtedy jeszcze uczyłam… Różnie było… To były te roczniki powojenne, ciężko było. Ale jak to po młodości – człowiek tylko pamięta rzeczy miłe. Chociaż niemiłe też, ale jakoś to człowiek przebrnął. Także nie można powiedzieć, że to była Idylla, było miło i było ciężko, bo mama sama nas wychowywała, ojca nie było. W szkole nikt nikomu korepetycji nie dawał, każdy musiał się uczyć sam. Ale ja chyba należałam do tych zdolniejszych dzieci, bo i stopnie były dobre, no i dobrnęłam do matury w 52 roku – ciężkich czasach Stalinowskich… no i tak.

A czym się pani wtedy interesowała? Czym ja się… Czym ja się wtedy interesowałam? Było w szkole kółko artystyczne, więc robiliśmy stroje, graliśmy „Krakowiaków i górali” i po prostu… było miło, a potem po maturze to każdy poszedł w swoją stronę i każdego się losy poukładały inaczej. No a później jeszcze pomaturalną szkołę robiłam, taką dwuletnią, a potem to weszłam już w życie takie dorosłe. A co było wtedy dla pani najważniejsze? Kiedy? Jak miała pani 20-30 lat? No potem to już miałam właśnie 26 lat jak urodziłam dziecko. Ciężko było, ciężko było. Materialnie było ciężko. Potem Maciek się urodził, potem były kłopoty… Ciężko go rodziłam, potem przestałam pracować, tylko z męża pensji i ze wszystkiego, czego się człowiek dorobił to się cieszył. W każdym razie jak sobie przypomnę jak myśmy w młodości dochodzili do czegokolwiek… Jak się kupiło wersalkę, stół i krzesła to już był luksus. A dzisiaj… Dzisiaj to jest Ameryka, jak to mówią. Ale to, Boże kochany, każdy okres ma swoje plusy i minusy. A myśli pani, że teraz dwudziestolatkowie są inni niż wtedy? Zdecydowanie. I czym się na przykład różnią? Mają lżejsze życie przede wszystkim. I wymagania inne, oczywiście nie wszystkie, bo przecież są dzieci lepiej sytuowanych rodziców to im jest lżej. No i w ogóle, świat idzie do przodu – Internet, telewizja. Ja pamiętam, że było tak, że na jednej ulicy to był jeden telewizor i tam chodziliśmy oglądać telewizję, bo przecież nie wszystkich było stać. O tym Internecie czy o czym to, to nawet nie było mowy wtedy. Zupełnie inny świat. A jeśli chodzi o takie relację z rówieśnikami, to myśli pani, że teraz inaczej wyglądają? Chyba tak, bo moje pokolenie było tak przez rodziców, w moim przypadku przez matkę, wychowywane, że – „Pamiętaj, mężczyźni są zaborczy, jeżeli kogoś poznasz, to musisz uważać, bo… uwiedzie cię, a nie daj Boże w ciąży, to co ty zrobisz?” Gdzie tam wtedy… kto wiedział, że tam są jakieś zabezpieczenia. „Będziesz miała styczność…” – jeszcze się nie mówiło o stosunku – „…będziesz miała styczność z mężczyzną, będziesz miała dzieciaka.” Oczywiście w bogatszych domach takie rzeczy się zdarzały jak usuwanie, ale w przeciętnych rodzinach, biedniejszych, takich rzeczy nie było i dzieci nie miały takich wymagań strasznych jak teraz. A jakie były pani marzenia w tamtym czasie? Moje marzenia były takie, żeby można było studiować normalnie, a nie jakieś tam półśrodki, ale niestety na normalne studiowanie trzeba było mieć pieniądze. Z naszej trójki to tylko mój brat studiował we Wrocławiu, ale zdał konkursowy egzamin na chemię i mama mówi, niestety… Moja siostra była mniej zdolna, to tam średniej szkoły ledwo nie skończyła całej. Ciężko było. Ciężko, po prostu ciężko. Teraz dzieci jest troje, czworo, każdy studiuje, każdy ma pieniądze – zupełnie inaczej. Skoro teraz każdy może studiować, to o czym marzą tacy młodzi ludzie? Teraz? Żeby sobie lepsze życie ułożyć. Nie wszyscy rozumieli, że nauka daje możliwości. Ja na przykład chciałam studiować prawo. Moim marzeniem było prawo, może dlatego że ojciec pracował w sądownictwie. Nie był prawnikiem, ale był sekretarzem takim w sądzie. Ale niestety, na marzeniach się skończyło. Chociaż potem jak pracowałam w hucie to nasza prawniczka mówiła „najzdolniejszy prawnik wśród ekonomistów”. Także dzisiejsza młodzież ma lepiej, ale lepiej, dlatego że czasy się zmieniły, warunki się zmieniły, ulepszenia są – śmieje się– na liczydłach się liczyło, gdzie tam jakieś komputery. Ale ludzie byli życzliwi. Tylko jak zwykle nasza ojczyzna miała takie szczęście, że zawsze ktoś musi ją gnębić. Ale powiem ci szczerze, że nie chciałabym wrócić do tych moich szkolnych i tych… lat, bo było ciężko. A gdyby pani mogła wrócić, to czy cokolwiek by pani zmieniła? W szkole? Ogólnie w tym czasie, gdy miała pani 20 lat. Co ja bym zmieniła… Nic się nie dało zmienić. Przede wszystkim warunki polityczne były takie jak były. Co zmienisz, kochana, jak nie można było powiedzieć, że w Katyniu zginęli polscy oficerowie? Tego nie było można powiedzieć, czyli było zakłamanie – w domu co innego, w szkole co innego. Teraz mam pytanie trochę z innej kategorii – ile pani już mieszka w Warszawie? Hmm… Ja do Warszawy przyjechałam w pięćdziesiątym… Jak brat mój skończył studia, dostał nakaz pracy i pierwsze wspólne mieszkanie. W pięćdziesiątym drugim była matura, to w pięćdziesiątym czwartym. I od lat pięćdziesiątych cały czas mieszka pani w Warszawie? Tak. I co pani sądzi o tym mieście? Jak byłam młoda, to mi się podobało. Sama musiałam przecierać sobie ścieżki. Brat do pracy szedł i ja też sobie sama pracę załatwiłam. Długo tam nie pracowałam, bo… Tak, znalazłam sobie taką pracę, a dawniej to do pracy musieli prześwietlić – a kto? a co? a rodzina, a tamto… Ciężko było. A teraz lubi pani tu mieszkać? Teraz? Teraz tak. Maciej mówi do mnie kiedyś – „Może by mama pojechała do Augustowa, do swojego rodzinnego miasta?” Ja mówię – „Nie. Starych drzew się nie przesadza, tu jest moje miejsce, tu jest mój dom. Tu zamieszkałam z mężem w tym mieszkaniu. Tu przyszedłeś na świat. Ze szpitala cię tu przywieźli. Tu są moje złe i dobre wspomnienia. I to jest moje i ja tego nie zmienię.” A jakie jest pani ulubione miejsce w Warszawie? Łazienki. Jak byłam jeszcze w pełni sił, miałam taką przyjaciółkę z klasy maturalnej, to żeśmy zawsze wiosną i jesienią latały do Łazienek. Miałyśmy swoje drzewa, swoje jakieś takie miejsca ukochane. Byłyśmy romantyczne. Pani syn wyjechał do Stanów i tam mieszka. Jak pani myśli, jak to na niego wpłynęło? Niedobrze, niedobrze. Powiedział, że gdyby jeszcze raz był młody to by tego nie zrobił. On to pojechał w stanie wojennym. Był po absolutorium w leśnictwie. Wszystko zostawił i pojechał, bo poznał dziewczynę i myślał, że z nią ułoży życie. I nie ułożył, bo to było zauroczenie, to nie była żadna miłość. Ale co można było zrobić młodemu człowiekowi jak on chciał? A jak pani myśli, czym się różni życie w Warszawie od tego w Chicago? Wszystkim. Oni proponowali mi, żebym ja tu sprzedała i pojechała do nich, ale nie. Za długo jestem samodzielna i za bardzo znam życie, żebym tutaj wszystko zlikwidowała i pojechała w nieznane. Ja bym nie mogła żyć na obczyźnie. Tam jest wszystko inaczej. Tam nie ma takiego życia rodzinnego, takiego ciepła. Tam tylko do pracy, do domu, do pracy, do domu. Nic więcej. Od czasu do czasu do kina, ale już są tak zmęczeni, że już nie mają siły, żeby tam pójść. Ale powiem ci jedno, co zauważyłam. Że jak wyjeżdżają ludzie stąd i tam są dłużej, to potem i tam im jest źle i tu im jest źle. Czyli woli pani tutaj w Warszawie? Ależ oczywiście, oczywiście, to nawet nie ma o czym mówić.   Rozmawiała:Monika Budzanowska